Wszystko co dotyczy drugiego człowieka warte jest zapamiętania - dlatego właśnie studiuję medycynę.
Blog > Komentarze do wpisu
ogonek kłapołuchego

Małe są zwykle tęsknoty, których znaczenia ciężko nam nie dostrzec, gdy w pewien nazbyt wietrzny dzień coś  zaczyna się toczy nie po tej myśli co trzeba. Należy przy tym zaznaczyć, że to nie myśli ani tym bardziej wywrócona w przedpokoju niebieskozielona parasolka jest sprawcą ciągu zdarzeń i wypadków naszym myślom przynoszącym tak naprawdę strapienia.

Te tęsknoty, o których będzie mowa są tym co potrzeba nam zrobić, by poczuć się po prostu lepiej. Są one, jak sugeruje nazwa wielkości pudełka zapałek. Mają ukryte w szufladzie natręctwa i zawsze znajdą się pod ręką, gdy kołowrotek plastikowej zapalniczki zepsuje jakaś nie potrafiącą się z gracją ukłuć, mało zaradna Śpiąca Królewna. A trzeba wiedzieć, że to zdarza się bardzo często i zdarzyło się też w tej właśnie chwili, gdy czekając na autobus jej kołowrotek nici codziennych przemyśleń nagle się zaciął. Kołowrotki psują się jak każda inna struktura (również niestety ta mózgowa), której żywotność z natury rzeczy jest przecież ograniczona... To normalne, wręcz naturalne, że gdy zbyt długo odczuwamy satysfakcję pojawia się jakaś tęsknota.

Myślę sobie na ten czas, że przystanek jest do tego dogodnym miejscem. Miejscem, by zmierzyć się z jakąś tęsknotą. Jest on przestrzenią, w której można się z łatwością schować i z której łatwo się też z ukrycia wynurzyć. Nie trzeba tam z nikim rozmawiać, by móc swobodnie czuć się w czyimś towarzystwie. Nie trzeba też nikomu się zwierzać, by wiedzieć, że nie samemu się na coś czeka. Trzeba natomiast w imię wyższego dobra i w obronie prawa do własnych tęsknot ruszyć na poszukiwanie ogonka, który znowu gdzieś zagubił się kłapouchemu.

Kłapouchy bowiem mam wrażenie jest jedną z mniej docenianych postaci całego Stumilowego Lasu. Może dlatego, że nikt nigdy, a przynajmniej ja o tym nie słyszałam, nie zastanowił się tak naprawdę po co mu ten odpadający wiecznie ogonek. W porównaniu ze schizofrenią tygryska, alkoholizmem puchatka, prosiaczą nerwicą natręctw czy króliczym weganizmem wypada raczej mało charakternie. Jest też zwykle ospały i małomówny, usuwający się leniwie w kąt, jakby szczęście miało tam swój punkt podparcia. Ale po dłuższej chwili zastanowienia i niemałych dywagacjach śmiem ryzykować stwierdzenie, że to jego należałoby wyróżnić w pytaniu o największą odwagę. Odwagę, którą mierzy się nie liczbą dziur i zakamarków, do których w noc pełną duchów bez chwili zawahania wskoczyłby na pewno tygrysek, ale przyrostem sił, które trzeba włożyć, żeby dzień w dzień ruszać na poszukiwanie swojego niebieskiego ogonka. Sił, które pozwalają pogodzić się ze stratą, oprzeć się tęsknocie i wciąż zaczynać od nowa. To myślę przywraca satysfakcję i pozwala poczuć się choć odrobinkę lepiej.

Ona na przystanku tęskni teraz za sandałami i bukietem świeżo zatemperowanych ołówków. Tęskni za tymi,  których już nie ma, a których przypominają jej ludzie w stłoczonych pociągach. I tęskni za tym co zawsze, próbując ukrócić tej tęsknocie znaczenia….

czwartek, 01 kwietnia 2010, studniaabsurdu